Przejdź do treści

Po co nam 1 i 2 listopada.

W takich dniach jak ten dzisiejszy i wczorajszy nasze myśli bardziej niż w przyszłość biegną w przeszłość. Wspominamy bliskich, którzy nas wychowywali, byli dla nas ważni. Nie ważne czy wierzysz, czy nie. Cmentarz każdego przyciąga, a w blasku zniczy patrzysz na życie zupełnie inaczej. Dobrze, że jest taki czas i dobrze że jest takie miejsce gdzie Twoje myśli zatrzymują się na tych, którzy odeszli i na pytaniu, co będzie ze mną.

Choć wielu z nas nie ma takiej świadomości, to Wszystkich Świętych jest czasem radosnym. Cieszymy się z tymi, którzy już są w chwale nieba. Ktoś powiedział, że to dzień imienin nas wszystkich. To dzień świętych wyniesionych na ołtarze i tych, o których wiemy tylko my. Wczoraj prosiliśmy o wstawiennictwo Ich, a dziś to MY jesteśmy o to proszeni.

W Dzień Zaduszny wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – tych którzy choć już przeszli na drugą stronę życia, to jednak jeszcze muszą poczekać, oczyścić się. Dziś na Eucharystii słyszałem wspaniałą metaforę, nad którą jeszcze później myślałem. Jesteśmy jak owocowe drzewa. Każdy kto widział taką powiedzmy jabłonkę wie, że ona nie rośnie wprost do nieba. Choć jej gałęzie często bardziej ciągną w dół, zwłaszcza gdy obrodziła, to i tak pnie się ku słońcu. Często konary ciągną w dół z innych powodów – zawieszonej huśtawki, uderzenia pioruna. Nam też zdarza się nie piąć w górę. Nie rośniemy po linii prostej. Czasem wydanie dobrego owocu wiele nas kosztuje. I tu przypomina mi się przypowieść sprzed kilku dni i fragmencie, który publikowałem na moim Istagramie. Chodzi mi o prośbę rolnika – Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw…

Nie wiem czy to Wszystkich Świętych nie będzie moim ostatnim. Nie wiem czy dokończę pisać ten tekst, a Ty go przeczytasz. Nie wiem czy dożyję moich kolejnych urodzin. Ale stawiam sobie pytanie – jak wykorzystam ten czas.

Wiele razy słyszałem w tych dniach zdanie ks. Pawlukiewicza, które powiedział w homilii wygłoszonej podczas Mszy św. w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej:

„To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy”.

Pomija się jednak dalszy ciąg tej homilii. Dosłownie następne zdanie:

„Czy umieramy z Chrystusem czy obok Niego?”

Choć chodzę do Kościoła, poszczę w piątek, w sumie przestrzegam przykazań, nikogo nie zabiłem, to czy ja żyję z Chrystusem? Czy moje życie z Nim ogranicza się tylko do przywitania o poranku i pożegnania wieczorem? Czy znajdzie się miejsce na „coś więcej” w moim życiu? Adoracja, Różaniec, prywatna modlitwa, czy to już za dużo?

Mówi się: jakie życie – taka śmierć.
Jakie życie z Chrystusem – taka śmierć z Chrystusem.

Mam jedno marzenie. Chcę być w niebie. Chcę być świętym. Nie chcę wiecznego odpoczynku – chcę, żeby ludzie zawracali mi głowę swoimi problemami. Chcę im pomagać.

Chcę być, ale nie jestem. I wiem, że brakuje mi strasznie dużo.

Któryś święty, wydaje mi się że ks. Vianney mówił, że nie każdy święty zaczynał jako święty, ale takim się stawał. Daj sobie szansę. I dąż do tego

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.