Przejdź do treści

Współcześni Piłaci

Temat uporczywej terapii powraca co jakiś czas niczym bumerang, jak choćby teraz, przy okazji dramatu Vincenta Lamberta. Przed lekarzem – poniekąd panem Życia i Śmierci – staje Rozum i Serce. Kto powinien wygrać ten nierówny bój?

Chyba nigdy nikomu jeszcze o tym nie mówiłem, ale choroba i śmierć mojego Taty była dla mnie bardzo dramatycznym przeżyciem. Nowotwór mózgu zabierał nam Go powoli i skutecznie. Pamiętam, kiedy nie poznał mnie po raz pierwszy. Pamiętam rozdarcie, kiedy nie mogłem spędzać z Nim tyle czasu ile potrzebowałem. Pamiętam Jego spojrzenie, w którym gdzieś głęboko czaił się dawny Tata, wtedy już pochłonięty przez chorobę i cierpienie. Pamiętam kiedy nie mogłem już patrzeć na Jego cierpienie i wyłem z bezsilności na klatce schodowej szpitala. Z jednej strony dziękowałem Bogu za każdą minutę spędzoną z Tatą. Z różnych względów czułem się odpowiedzialny za przygotowanie Go do przejścia na drugą stronę, nawet jeśli porozumiewał się ze mną tylko resztkami świadomości. Z drugiej, w głębi serca pragnąłem, by się już nie męczył, nie cierpiał. Gdybym mógł przyjąć choć gram Jego cierpienia, wziąłbym je na siebie, ale to tak nie działa.

Oczywiście, że moja rodzina walczyła o zdrowie Taty, ale doszliśmy w końcu do ściany, którą nie sposób obejść czy przeskoczyć. Wtedy pozostaje czekać i współcierpieć. Opowiadając o tym wszystkim spowiednikowi, zwrócił mi uwagę na fakt, że kolejna Wielkanoc nie będzie już taka sama, bo wiara we wskrzeszenie umarłych na końcu czasów będzie prawdziwsza. Rzeczywiście tak jest. Czas choroby i cierpienia jest jak Wielki Post. To najlepsze przygotowanie dla wszystkich – cierpiącego i rodziny – do Wielkiego Piątku jaki prędzej czy później nadejdzie. Dobre wykorzystanie tego czasu sprawi, że cierpienie nie przysłoni nam oczekiwania Wielkiej Soboty i radości Poranka Zmartwychwstania.

Medyczny postęp poszedł tak daleko, że człowiek jest w stanie wykorzystać ciało teoretycznie martwej matki jako inkubator dla dziecka w jej łonie. Życie człowieka można przedłużyć w zasadzie w nieskończoność dzięki zaawansowanym urządzeniom podtrzymującym czynności życiowe. Uporczywa terapia to terapia nieuzasadniona, nie służąca dobru pacjenta, lecz sztucznie przedłużająca proces jego nieuchronnego umierania zwiększając przez to cierpienia, nie przynosząc pożądanego efektu. Często jest wyrazem negacji naturalnego charakteru śmierci oraz próbą oszukania pacjenta w stanie terminalnym oraz jego rodziny przez uciekanie się do interwencji leczniczych i tak z góry skazanych na niepowodzenie. Różni się ona od terapii zwyczajnej, której nie wolno zaprzestać, bo jest to obowiązek moralny zarówno pacjenta jak i służb medycznych (por. Evangelium Vitae, 65)

Wydaje się, że najtrudniejszym momentem jest właśnie zaprzestanie terapii. To ten moment pozostaje najbardziej newralgicznym punktem – często kwestionowanym. Nigdy nie decyduje o nim pojedynczy człowiek, bo przecież sam może się mylić, ale czyni to z reguły komisja, na przykład stwierdzająca śmierć mózgu, czy inny powód, dla którego nie ma sensu kontynuować leczenia. Rezygnacji z uporczywej terapii powinno towarzyszyć poszanowanie godności człowieka, którego decyzja bezpośrednio dotyczy. To także trudny moment, bo często osoba taka odłączona od aparatury, pomimo samodzielnego oddychania, zostaje nieludzko zagłodzona. W skrajnych przypadkach słyszy się o pielęgniarzach pilnujących pacjenta, aby rodzina nie mogła podawać mu choćby płynów, a przecież zarówno nauka społeczna Kościoła jak i zwykła ludzka etyka nakazuje stosować środki proporcjonalne, to znaczy takie, które choć nie prowadzą do wyzdrowienia, ulżą w cierpieniu choremu.

Ogromna odpowiedzialność jaka spoczywa na lekarzach decydujących o takich przypadkach czyni z nich niejako panów życia i śmierci. Jedna decyzja, z choćby cieniem wątpliwości sprawia, że mogą stać się Piłatami, a na sumieniu wyląduje czyjeś życie. Trzeba w tym całym procesie także ogromnej dozy empatii tak dla rodziny, która może wymuszać uporczywą terapię – ot po prostu – z miłości, jak i dla cierpiącego, w przypadku którego wszystkie rozumowo dostępne środki leczenia już się wyczerpały.

Jeśli myślisz, że pozostawię odpowiedź, to Cię rozczaruję. Zawsze gdy sprawa rozbija się o czyjeś życie i śmierć nie ma prostych odpowiedzi, natomiast zawsze jest masa skomplikowanych pytań. Umycie rąk zawsze oznaczać będzie porażkę, a podjęcie decyzji spowoduje narażenie się. Co bym wybrał? Nie wiem… A Ty?

 

Bądź pierwszym, który skomentuje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.