Przejdź do treści

O księdzu, który był człowiekiem

Okazuje się, że nie trzeba mieć święceń, aby być dobrym księdzem.Choć to szokujące stwierdzenie, to taki właśnie wniosek można wysnuć po seansie „Bożego Ciała” Komasy.

Na początku zaznaczę, że żaden ze mnie krytyk filmowy, chcę się po prostu na gorąco podzielić spostrzeżeniami po wspominanym już filmie.

Ostatni czas w polskiej kinematografii nie był dla duchowieństwa i Kościoła łatwy. Po sukcesie „Kleru”, popularności „Tylko nie mów nikomu”, nieco przemilczanym „Dzięki Bogu” i „Polityce” (Co do tego filmu – oglądałem tylko zwiastuny. Jak dla mnie Vega, który deklaruje się jako wierzący i „natchnięty przez Ducha Świętego” promując in-vitro w „Botoksie” ma schizofremię), a także wypadałoby wspomnieć też dużo wcześniejsze „W imię…” z Chyrą chyba rozumiemy, że księża mają raczej już przypiętą łatkę homoseksualistów, pedofili i hipokrytów. I oto wyłania się film, który jakby na fali wcześniejszych ma wywołać podobne poruszenie, a wywołuje… całkiem inne.

Z pewnych względów postać Daniela jest mi bardzo bliska. Choć księdzem nie jest, doskonale odnajduje się w tej roli. Ma odwagę doprowadzić do prawdziwego kopernikańskiego przewrotu w małej mieścince zapomnianej przez wszystkich. Nie obawia się uderzyć w skostniałe sojusze tronu z ołtarzem, ani uderzać w kamienne serca mieszkańców. Nie zapomina o swoim grzechu. Nie zapomina o pokorze. Nie zapomina o bólu, gniewie, o zadanych kiedyś ranach, które rozcina, by w końcu mogły się zabliźnić, by doprowadzić do wybaczenia. W czym tkwi sukces Daniela? Chyba w tym, że jest po prostu człowiekiem i o tym nie zapomina.

W pewnym momencie spodziewałem się, że przeważy wszechobecna nowomowa, ale pozytywnie zaskoczyła mnie teza o celibacie i wierności zasadom – „Po coś to jest” – mówi bohater. Pomimo niestandardowych metod, pozostaje wierny swojemu „Sensus fidei”. Jego postać stoi w przeciwwadze do rzeczywistości – starego księdza, który w konformistycznej postawie zamiast robić co należy, robi to co mu każą. Ludzi, którzy dziurę po wierze, zasypują frazesami „Bóg tak chciał”, „Bóg zrobił to czy tamto”. Bo wiary w nich nie ma i pewnie nie było. Wielu chodzących, niewielu wierzących. Jest nienawiść i zrozumiały ból, który przysłania trzeźwe patrzenie. Ujęła mnie scena, pewnie nie zamierzona, ludzi bezrefleksyjnie przechodzących obok wystawionego Najświętszego Sakramentu. Ci sami ludzie w scenie pogrzebu potrafili się zatrzymać i nienawidzić.

Zastanawia mnie, skąd scenarzyści pisząc kazania w „Bożym Ciele” czy „W imię..” czerpią natchnienie. Może sami chcieliby takie usłyszeć? To kazania, z których wynika pragnienie miłości, zrozumienia, nie stawiania się ponad grzechem, ale przyznanie do niego. Wymowna jest tu scena, w której główny bohater mówi kazanie do widza przełamując czwartą ścianę. I ma się aż ochotę powiedzieć „Amen”. Bo takich księży potrzebujemy – ludzkich i pełnych zrozumienia. Nie nieskalanych i świętych. Wziętych z ludu, do ludu posłanych i pamiętających, że wciąż tym ludem są.

Jeśli mam przyznać jakiś minus, to zupełnie niepotrzebna scena erotyczna. Ale to moje zdanie. A po za tym to dobry film dla wszystkich spragnionych dobrego filmu. Piękne zdjęcia, mocno niestandardowy montaż, znakomite prowadzenie kamery, wspaniale zagrana przez Bartosza Bielenia postać, historia nie gubiąca wątku i wciągająca do samych napisów i ten niedosyt, który kocham. To rozczarowane „to już?” kiedy wjeżdżają napisy końcowe, a ty zostajesz ze szczęką na podłodze i głową pełną pytań.

To tyle. Na gorąco. Pewnie ten film będzie we mnie jeszcze pracował, a Wam serdecznie polecam.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.